Dorywcze święta…
Dorywcze zakupy, dorywcza praca, dorywcze zamówienia, dorywcze bycie miłym, dorywcza hekatomba karpia… dorywcze w ogóle wszystko u wszystkich…
Niewzruszone wrota płaczu
Promocja w jednym z marketów na szynkę. Godzina 6.40. Tłumy pod jeszcze zamkniętym przybytkiem niebożym. Oto widzę niczym w apokaliptycznej wizji: przekrój całego społeczeństwa – z przewagą emerytów i innych kuśtykających – żądnego amciu amciu.
Magia świąt
Jest jeszcze – niestety – ciemno. Załapałem się na dorywczą robotę na stoisku z mięsem. Nigdy bym nie przypuszczał, że wyląduję jako „podawacz mięsidła”. Nie wiem gdzie jest wejście dla personelu. Okazuje się, że muszę wejść razem z całą tą hałastrą. Otwarte wrota były sygnałem do ataku dla gawiedzi. Rozpoczęło się regularne oblężenie. W tym ferworze walki mało mnie nie zdeptali. Zwłaszcza ten o kulach zapie*dalał jakby miał 4 nogi. Cudowne uleczenie – sobie myślę. Dżizas nie powstydziłby się takiego numeru. A może to po prostu magia świąt?
Panie rzeźniku…
Dostałem uniform. Za duży, za brudny, cuchnący… dosłownie: rzeźnia. Oto mój strój reprezentacyjny. Mama zawsze chciała zobaczyć mnie w mundurze. Po otrzymaniu odpowiedniego odzienia nastąpiło tzw. szkolenie. Trwało 5 sekund. No jasne, że już wszystko pojąłem. Które to karczek, które to łopatka? Fuck…
Pierwszy klient.
– Proszę tę golonkę przednią.
Cholera. Myślę sobie, która to. Wpadam na pomysł:
– A witam, a którą Pan sobie życzy? – pytam, wiedząc, że mi ją wskaże, a moja niewiedza zostanie zbawiona.
– Panie rzeźniku, proszę mi ją przeciąć…
Matura poległa, pięć lat studiów uleciały w nicość. Magistra zostawiłem za drzwiami. Musiałem zapomnieć o wyróżnionej pracy dyplomowej i nagrodzie dziekana. Musiałem.
Atak zombie
Kolejka sięgnęła wszelkich granic wyobraźni architektów sklepu. Nawet poszerzający się kosmos nie ogarnął by tego. Totalny chaos. Krzyki i gwar. Robimy co w naszych siłach, by zaspokoić nieposkromiony głód narodu. Niemrawe twarze ludzi stojących przy ladach wysysają z nas energię życiową, a każda prośba o „ładną szyneczkę” traktowana jest z nieukrywanym politowaniem i ironicznym uśmiechem. Wszyscy chcą ładnej szyneczki!
I babcia z wąsem, i dziadek bez,
i pani z tipsami, i pan dres…
Mięso karmi, mięso bawi, mięso cię na pewno zbawi.
A można ją obrócić? – Powtarzają jak mantrę. – A można jej bok? A z lotu ptaka? A można przekroić? albo nie – wolę całą. Wybierze pan ładniejszą, znajdzie pan chudą, wygrzebie – jak pan – przystojniejszą… itd.
Paranoja
Kres moich możliwości nadchodzi. Dziewiąta godzina pracy non stop. Niech ta kolejka się wreszcie skończy. Stan alarmowy „poziomu” szynki. Kończy się. Ludzie nawet już przestają wybrzydzać. Wiedzą, że ktoś inny może ich uprzedzić w polowaniu na cenną zdobycz.
Dokonało się
Trzy tony szynki zeszły. Czuję, że jeszcze trochę i zejdę ja… Jest nadzieja, że wreszcie nawałnica ustąpi. Nic bardziej mylnego.
Bunt zombie
Chcą tej jebanej szynki. Chcą żreć, żreć, żreć. Gdzie to się mieści? Po co komu 10 kg? Co z tym robić? To nic, że nie ma. Jedna z bab – podobna do morświna – z wypiętą dojcą cieszy się razem ze swoim wąsem, i oznajmia, że ona się nie podda. Oczywiście, została entuzjastycznie przyjęta przez efemeryczne zgromadzenie. Będą tak długo stać, aż ją otrzymają. Stoją i blokują dostęp do lodówek. Kolejka kluczy już między regałami. Do tego wszystkiego padają nam wszystkie wagi.
Modlitwa niestrudzonych ust
Prośby wysłuchane. Ktoś gdzieś na magazynie znalazł parę zagubionych skrzynek szynki. Nagle wagi wskrzeszono. Bunt tłumu stłumiony krwawo zdobytą szynką. Ulga.
Pytanie
Czy promocja naprawdę była warta całej tej tragifarsy? Eh. Wiadomo, to pytanie retoryczne. Odpowiedź pozostawię dla siebie, w myśl słów jednej z piosenek: mójjjjj jest ten kawałek pod…gardla.