Desk manager, czyli co się stało z sekretarką?

Tagi

, ,

Pod nóż, na dobry początek mojego „Cyklu profesjonalnych profesji” idzie tytułowa sekretarka.

Wysyłanie i przyjmowanie poczty, parzenie kawy, odbieranie telefonów – nie należą już do obowiązków sekretarki, bo sekretarek już nie ma. Ich miejsce zajęły desk managerki, a te odpowiedzialne są za „organizację pracy i nadzór operacyjny tego i owego” (tu powinna paść nazwa firmy), „zarządzanie czasem pracy, kontakty z operatorami telekomunikacyjnymi” – i oczywiście moje ulubione – „dbanie o pozytywny wizerunek firmy”.

I  nie wystarczy już ładna buzia, musi być „nienaganna aparycja”.

A może to celowy zabieg, no bo z czym  kojarzy się nam sekretarka, a z czym jej nowa profesjonalnie brzmiąca następczyni?:)

PostStudent

Tagi

, , ,

Kończysz studia, w trakcie ich trwania imałeś się różnych prac – mniej lub bardziej sensownych, zbiegających się lub nie zbiegających się z twoim wykształceniem itd. A no tak, odbyte praktyki oczywiście też zostały odbębnione. I tak wygląda bagaż doświadczeń osobników z kategorii: poststudent.

Wiadomo, jest nie wystarczające. Pracodawcy chcą abyś miał co najmniej 25 lat doświadczenia w wieku 25 lat. Nikomu się nie chce szkolić „nowych”, nikt nie chce łożyć na nich kasę. Chcą profesjonalistów z empiryczną wiedzą…

No tak, jednak sami profesjonalnie do zatrudniania „szczęściarzy” nie podchodzą profesjonalnie. Często jak się już czyta oferty pracy, to widać jak wielu potencjalnych chlebodawców nie umie sklecić nawet prostego zdania, nie wspominając o źle sformułowanych – czy wręcz śmiesznie – wymaganiach wobec kandydata i oferowanych mu stąd „korzyści”.

W opisie firmy najczęściej padają niestworzone historie o osiągnięciach: „nadzwyczaj dobrze prosperujące przedsiębiorstwo” czy „prężnie rozwijająca się firma zdobywająca rynek” itp.

Ale o tym – i nie tylko – szerzej w następnym poście. Rozwinę także enigmatycznie brzmiące nazwy poszczególnych zawodów… czego to nie wymyślą, aby tylko brzmiało bardziej „profesjonalnie”…

Fioletowy Słoń

Fioletowy Słoń

Market. Wyprzedażowa paranoja wyłącza ludzkie myślenie, obezwładnia uczucia wyższego rzędu. Wszyscy w pościgu za okazją. Taniej, dogodniej, bardziej opłacalne… Nie zauważyliby nawet fioletowego słonia…

Bezdech

Kawał faceta – na oko 120kg – upada na ziemię, uderza głową w twarde kafelki. Pusty charakterystyczny łoskot odwraca uwagę wszystkich, odrywa od uprzedniego obiektu zainteresowania klientów, nie tłumi odwagi obywatelskiej nielicznych. Konwulsje, charczenie i wydobywająca się ślina z ust, co robić? Krew z nosa, człowiek nie może złapać oddechu, jak mu pomóc? Większość się odwraca… nie ma problemu, fioletowy słoń stał się przeźroczysty…

Zielony

Im bardziej cierpi, tym bardziej nie wiadomo jak pomóc, teraz czujesz ból niewiedzy, czujesz jak jesteś głupi, jak bezradny wobec czyjegoś nieszczęścia… Nie można dotrzeć do mężczyzny, nie jest świadomy, oczy otwarte, tępo zwrócone przed siebie w nieokreśloną dal, nieobecne spojrzenie.

Dylatacja czasu…

Czas się wydłuża, karetka się nie śpieszy, a jak nie zdążą? Podchodzą kolejne osoby, starają się pomóc, niektórzy – chyba dla czystości sumienia – pytają co mu jest i czy wezwano pogotowie, zaraz odchodzą. Inni podpowiadają co to może być, nie udzieliwszy mu pomocy – dzięki cholera za taką radę… Czas leci jak krew z nosa, dosłownie…

Ocalenie

Przyjechali. Minęło od zgłoszenia 45 min. Szpital jest oddalony od sklepu jakieś 10 min piechotą. Gapie mają finał sprawy, inni czują ulgę, że już koniec, że się udało, że nie nawaliło się.
A Ty jaką byś przyjął postawę?

Bez świntuszenia

Tagi

, ,

Chciałoby się więcej słońca; chciałoby się, by było już ciepło; tęskno za długimi dniami… bla bla bla… Ale długie wieczory też są fajne nie? Ileż to można zrobić wieczorem: pójść do pubu, do kina, na wino, na randkę, pograć w karty, zapalić coś na humor…

Ludzie robią się coraz mniej kreatywni, a przecież można chodzić np. na salsę kubańską, poplotkować, powymieniać poglądy, nawet pójść jeszcze do pracy, uczyć się gry na gitarze, męczyć angielski, pisać jakieś bzdurne nikomu niepotrzebne wpisy, pić wino ze swoją kobietą, po winie też można ze swoją kobietą:)… itd. Kurde, doceńmy wreszcie te dłuuugie wieczory.

A Ty co lubisz wieczorem? Oj nu nu nu, ty świntuchu… – nie to miałem na myśli.

(w)Oda do Dna

Tagi

, , ,

Raport…

Sylwestrowa Noc po raz kolejny przeszła do historii. „Klimat” utrzymywał się już na parę dni przed decydującym „starciem” Starego z Nowym oraz na parę dni po „starciu”. Biesiadzie nie było końca. To była prawdziwa batalia: 20 osób kontra niezliczone chordy wściekłego alkoholu. W naszej ciasnej kuchni byliśmy jak Spartanie pod Termopilami, którzy mimo zapału i niezmierzonego męstwa musieli polec. Na nic też się zdało palenie „gibona pokoju”…

Odliczaliśmy chwile, aż nasi pobratymcy zaczną odchodzić do krainy przodków…

Pierwsze ofiary przyniosła godzina 22.00… może deko później. Kto wie. Niektórym się „ulało”, innym się „uspało”, a jeszcze inszym „ubzdurało”. Furorę robiły słowa rozpoczynające się na literę „u” jak np. wyżej wymienione. Ponadto zaczęły się dziać dziwne rzeczy: bociany mówiły ludzkim głosem, McDonald’s dał pracownikom parę godzin wolnego, a z pokoju jednoosobowego zrobił się pokój dziewięcioosobowy. Absurdom rodem z „Archiwum X” nie było końca…

Nie obyło się oczywiście bez scen miłosnych czy dramaturgii zaginionych kobiet.

Były nawet motywy z Szekspira… I tak „Dżulia” ułożyła się snem twardym obok swego „Romeja” i splotła swoje nogi z jego odnogami w niewyjaśnioną dotąd kombinację zapaśniczych chwytów. Posnęli, niezrozumiani… Umownie przyjmijmy, że to była Dżulia, a on – Romejo.

(w)Oda do Dna

Nikt nie wie, kiedy padł „ostatni strzał”,

Kto oddał ostatni – „złotą dzidę”,

lecz tylko ja wiem który cham,

„ulał” w pokoju róg – ubiję ja tę gnidę…

Świętem w karpia…

Programowa idylla

Oto cukierkowy obrazek: uśmiechnięta rodzinka przed stołem wigilijnym. Czekają na pierwszą gwiazdkę. Wszyscy głodni. Zza chmur nie widać nieba. Ileż czekać? Dobra! Sąsiad zapalił świtało w bloku naprzeciwko. Z braku lepszej gwiazdki, może być i to. Kochana mamusia wnosi jedną z ostatnich potraw tego wieczoru, swoisty „gwóźdź programu” – gwóźdź dla kochanego karpia.

Zadośćuczynienie tradycji

Dzień wcześniej ta sama mamusia wzięła udział w konkursie na najdłuższą kolejkę w markecie. Każdy kto wytrzymał ponad 2h stania, mógł nabyć – oczywiście po promocyjnej cenie – wyżej wspomnianego karpia. Do samej promocji można mieć wątpliwości, ale do 2 godzin stania – już nie. Ludzie się wręcz kłócą między sobą, a sprzedawcy nieudolnie łapią spasione, nienaturalnie wielkie ryby, które pływają w czymś w rodzaju ciasnego baniaka. Śmierdzi na cały sklep. W wodzie się wręcz kotłuje. Jednej pani w wózku rybka desperacko zaczęła dokazywać w worku. Kobieta była zaskoczona taką żywotnością, siłą przetrwania. Wyglądała tak jakby nie wiedziała czy ma przytulić kochaną rybkę czy jej przyjebać, żeby wreszcie przestała odstawiać cyrk. Może rosołku z karpia?

Święto Zagłady

- Ej, zróbmy pokaz jak magysterek i reszta mają przyjmować rybę na rampę.

- Tak, tak. I jeszcze czekam na specjalistyczne rady, bo sobie nie poradzimy. Proszę mnie wzruszyć…

Rampa w markecie. Podjeżdża kontener. Wielki Chłop spuszcza wodę ze zbiornika. Bierze skrzynkę i podstawia ją pod rynnę, którą mają polecieć karpie. Otwiera boczny właz. Skrzynka źle postawiona, rynna za wysoko. Karpie padają łbami na asfalt z wysokości ponad 1,5 m. Wiele z nich krwawi, innym wyłażą bebechy. Przebite oczy i połamane skrzela to standard. Pływają bokiem lub do góry brzuchem. Uderza charakterystyczny zapach. Było ich za dużo w zbiorniku. Ryby z wierzchu miały siły, żeby się rzucać na ziemi, jak to rybom przystało, lecz te z samego dna były tak niemrawe, że tylko ruch skrzeli zdradzał, iż jeszcze dyszą.

Kolejna partia za partią pada do skrzynki lub poza nią. Wielki Chłop włazi przez górny właz do zbiornika, by zwalić resztę karpi. Łopatą do odśnieżania zrzuca je wszystkie. Łyżka łopaty tnie ich ciała. Zbrodnia nie ma końca. Ryby idą na sklep. Tam pływają cały dzień. Te ostatnie tak źle wyglądają, iż kierownicy dają je na przecenę. Oto marketingowi stratedzy…

Na stronie…

Jakiś paź do kierownika:

- Gdyby to ktoś zobaczył, poleciałby pan z roboty, nie?

- Nie martw się magysterek, nikt się nie dowie…

Kogo pragną pracodawcy?

Tagi

, , ,

Dobre pytanie. Powszechnie uważa się, że młode osoby – np. absolwenci uczelni wyższych – nie potrafią nic, bo oświata w Polsce uczy wszystkiego, tylko nie tego czego oczekuje rynek. Jednak z drugiej strony równie powszechnie utarło się, iż ludzie starsi z doświadczeniem nie wykazują się takim zaangażowaniem jak młodzi.

Ponoć młodość szybciej się uczy i jest skłonniejsza do innowacji; podobno dojrzałość zawodowa nie wymaga już szkoleń pracowniczych. Co należy uwzględniać przy rekrutacji osób, które wywodzą się z różnych sobie generacji. Co jest ważniejsze: doświadczenie czy młodzieńczy entuzjazm?

Lepszym pracownikiem będzie osoba z wieloletnim stażem zawodowym, która niejednokrotnie do swoich zadań podchodzi w sposób rutynowy, czy młody człowiek – pełen energii, entuzjazmu i nowatorskich koncepcji, lecz często bez pożądanego – wręcz wskazanego – doświadczenia?

Zdawałoby się, że nikt nie zna na te wszystkie pytania odpowiedzi. Czy aby na pewno?

Wiele firm – np. www.moduslrt.pl – zajmujących się szeroko pojętym HR-em podejmuje próbę pogodzenia potrzeb rynku. Ideą jest znalezienie złotego środka, który będzie optymalnym rozwiązaniem dla potencjalnych „chlebodawców” i ludzi spragnionych pracy.

Nikt nie wychodzi z założenia, że człowiek młody jest gorszym pracownikiem od osoby z doświadczeniem, i na odwrót. System rekrutacji i szkoleń pracowniczych jest tak skonstruowany, iż daje szansę dla każdego, niezależnie od wieku.

Nikt nie poddaje się także powszechnemu mniemaniu, że młodzi nic nie umieją; nikt
nie zakłada, iż starsze pokolenia są niereformowalne. Wszystko jest kwestią adaptacji do warunków rynku. Trzeba tylko chcieć.

Dorywcze święta

Dorywcze święta…

Dorywcze zakupy, dorywcza praca, dorywcze zamówienia, dorywcze bycie miłym, dorywcza hekatomba karpia… dorywcze w ogóle wszystko u wszystkich…

Niewzruszone wrota płaczu

Promocja w jednym z marketów na szynkę. Godzina 6.40. Tłumy pod jeszcze zamkniętym przybytkiem niebożym. Oto widzę niczym w apokaliptycznej wizji: przekrój całego społeczeństwa – z przewagą emerytów i innych kuśtykających – żądnego amciu amciu.

Magia świąt

Jest jeszcze – niestety – ciemno. Załapałem się na dorywczą robotę na stoisku z mięsem. Nigdy bym nie przypuszczał, że wyląduję jako „podawacz mięsidła”. Nie wiem gdzie jest wejście dla personelu. Okazuje się, że muszę wejść razem z całą tą hałastrą. Otwarte wrota były sygnałem do ataku dla gawiedzi. Rozpoczęło się regularne oblężenie. W tym ferworze walki mało mnie nie zdeptali. Zwłaszcza ten o kulach zapie*dalał jakby miał 4 nogi. Cudowne uleczenie – sobie myślę. Dżizas nie powstydziłby się takiego numeru. A może to po prostu magia świąt?

Panie rzeźniku…

Dostałem uniform. Za duży, za brudny, cuchnący… dosłownie: rzeźnia. Oto mój strój reprezentacyjny. Mama zawsze chciała zobaczyć mnie w mundurze. Po otrzymaniu odpowiedniego odzienia nastąpiło tzw. szkolenie. Trwało 5 sekund. No jasne, że już wszystko pojąłem. Które to karczek, które to łopatka? Fuck…

Pierwszy klient.

– Proszę tę golonkę przednią.

Cholera. Myślę sobie, która to. Wpadam na pomysł:

– A witam, a którą Pan sobie życzy? – pytam, wiedząc, że mi ją wskaże, a moja niewiedza zostanie zbawiona.

– Panie rzeźniku, proszę mi ją przeciąć…

Matura poległa, pięć lat studiów uleciały w nicość. Magistra zostawiłem za drzwiami. Musiałem zapomnieć o wyróżnionej pracy dyplomowej i nagrodzie dziekana. Musiałem.

Atak zombie

Kolejka sięgnęła wszelkich granic wyobraźni architektów sklepu. Nawet poszerzający się kosmos nie ogarnął by tego. Totalny chaos. Krzyki i gwar. Robimy co w naszych siłach, by zaspokoić nieposkromiony głód narodu. Niemrawe twarze ludzi stojących przy ladach wysysają z nas energię życiową, a każda prośba o „ładną szyneczkę” traktowana jest z nieukrywanym politowaniem i ironicznym uśmiechem. Wszyscy chcą ładnej szyneczki!

I babcia z wąsem, i dziadek bez,

i pani z tipsami, i pan dres…

Mięso karmi, mięso bawi, mięso cię na pewno zbawi.

A można ją obrócić? – Powtarzają jak mantrę. – A można jej bok? A z lotu ptaka? A można przekroić? albo nie – wolę całą. Wybierze pan ładniejszą, znajdzie pan chudą, wygrzebie – jak pan – przystojniejszą… itd.

Paranoja

Kres moich możliwości nadchodzi. Dziewiąta godzina pracy non stop. Niech ta kolejka się wreszcie skończy. Stan alarmowy „poziomu” szynki. Kończy się. Ludzie nawet już przestają wybrzydzać. Wiedzą, że ktoś inny może ich uprzedzić w polowaniu na cenną zdobycz.

Dokonało się

Trzy tony szynki zeszły. Czuję, że jeszcze trochę i zejdę ja… Jest nadzieja, że wreszcie nawałnica ustąpi. Nic bardziej mylnego.

Bunt zombie

Chcą tej jebanej szynki. Chcą żreć, żreć, żreć. Gdzie to się mieści? Po co komu 10 kg? Co z tym robić? To nic, że nie ma. Jedna z bab – podobna do morświna – z wypiętą dojcą cieszy się razem ze swoim wąsem, i oznajmia, że ona się nie podda. Oczywiście, została entuzjastycznie przyjęta przez efemeryczne zgromadzenie. Będą tak długo stać, aż ją otrzymają. Stoją i blokują dostęp do lodówek. Kolejka kluczy już między regałami. Do tego wszystkiego padają nam wszystkie wagi.

Modlitwa niestrudzonych ust

Prośby wysłuchane. Ktoś gdzieś na magazynie znalazł parę zagubionych skrzynek szynki. Nagle wagi wskrzeszono. Bunt tłumu stłumiony krwawo zdobytą szynką. Ulga.

Pytanie

Czy promocja naprawdę była warta całej tej tragifarsy? Eh. Wiadomo, to pytanie retoryczne. Odpowiedź pozostawię dla siebie, w myśl słów jednej z piosenek: mójjjjj jest ten kawałek pod…gardla.

Mieć magystra, czy być magystrem?

Niektórzy, gdy kończą studia myślą[1], że ich wykształcenie – rzekomo, a na pewno już formalnie – wyższe, otwiera im bezkresie rentownych propozycji od pracodawców. Tacy delikwenci mają przykrą tendencję do niewybrednego wybrzydzania[2].

Niczym naburmuszone dzieci mające do wyboru kilka zabawek płaczą i tupią, że chcą jeszcze lepszą. A przecież rynku pracy Matki Polki na nic lepszego nie stać. Drogie dziecię pojmij to… Mama nie ma! Idź do dziadzi, dziadzi na konika wsadzi…

a za opłatą[3]?

 

- Nie mam kasy, pracy też nie ma, a tu trza zaraz mieć na opłaty…

- No jak to nie ma, patrz tu szukają kelnerki. Na początek to powinno starczyć, tak aby się utrzymać. Zanim coś lepszego znajdziesz, może minąć trochę czasu. To starczy na utrzymanie się.

- Ale nie będę kelnerką, przestań! Przecież mam magistra[4]

 

No właśnie, i tu zaczyna się problem dość licznej grupy absolwentów. Chcą od razu być prezesami. OK[5]. Też chcę. OK. Trzeba być ambitnym i wyznaczać sobie coraz to wyższe cele. OK. Wszystko toleruję. Jednak należy jedno zrozumieć, rzadko od razu jest się prezesem – wręcz praktycznie się to nie zdarza.

Droga do lepszego jutra bywa wyboista. Po studiach możesz popracować jako kasjer, kelnerka czy kurier. Cóż w tym złego bądź ujmującego? Prostytutka[6] lub polityk[7] ma się czego wstydzić, lecz nie my, świeżo narodzeni Absolwenci. Grunt, by szukać dalej, nie poprzestawać.


[1] Myślenie – to nie symptom jakiejś nieznanej choroby, to skomplikowany proces, którego nie umiem wyjaśnić. Eh… Pleban kiedyś z ambony gadał, że to w ogóle grzech. Chyba zbyt wielu wzięło sobie to za bardzo do serca.

[2] Praca – zajęcie, za które powinno się otrzymywać wynagrodzenie, choć niekoniecznie. W Polsce oferuje się pracę na pełen etat – przeważnie praktykantom – za free.

[3] Opłata – wszystko to, co źle się kojarzy.

[4] Mam magistra – sformułowanie, które oznajmia interlokutorowi, że ma do czynienia z kimś, kto ma magistra, a nie z kimś kto jest magistrem.

[5] OK. – skrót od „O k***a!”

[6] Prostytutka – generalnie trudno powiedzieć, nigdy nie byłem.

[7] Polityk – generalnie trudno powiedzieć, może kiedyś będę.

Bania

Jestem na bani. Co?! – że nie student, to już nie piję w środku tygodnia? Bzdura. Wino było – nie jabol, tak dla ścisłości.

W lekkiej osnowie wieczoru minionego, od 6.30 przeglądam oferty pracy. Patrzę z nadzieją, że znajdę właśnie tą „jedyną”, że ta „jedyna” znajdzie mnie. To prawie jak z miłością.

Rozpaczliwie szukam jej po omacku w dolinach bredni. Już myślę: o! o! – już mam! – a nie to tylko chcą uczących się. Jak to jest, że gdy studiowałem, to chcieli osoby nie uczące się.

Czekam na pracodawcę, który z rozdygotanymi dłońmi chwyci me biedne rączyny, i powie: „Pragnę, pragnę być twój Marianku, chcę cię karmić swą krwawicą, że razem zbudujemy złotą przyszłość, że zabiorę cię właśnie tam…, że nie będziesz pragnął przedstawiać swej kandydatury innym pracodawcom, że nie będziesz miał pracodawców cudzych przede mną, że nie będziesz kradł, ani nie mówił fałszywego świadectwa przeciw pracodawcy swemu…, że cię wywiodę z nędzy, niedoli”.

Czekam właśnie na takiego pracodawcę, któremu tkliwie spojrzę głęboko w oczy i powiem: k***a! jestem TWÓJ. I będziemy razem dymać fiskus, tak jak fiskus dyma nas. Ahoj! Świetlana przyszłości…

Follow

Otrzymuj każdy nowy wpis na swoją skrzynkę e-mail.

Join 88 other followers